|
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
obornik bydlęcy
zakupiłam tenże specyfik ponieważ... zabieram się za hodowlę pomidorów. zawsze o tym marzyłam i moje marzenie właśnie się spełnia. ponadto spełnia się jeszcze jedno moje wielkie marzenie. teraz uwaga. będę miała profesjonalną szklarnię na ogrodzie! wiem, niewiarygodne. ale prawdziwe :) przebieram już nerwowo nogami. szklarnia przyjdzie lada dzień! w tym celu muszę (z nieukrywaną przyjemnością!) zweryfikować plany hodowli pomidorów! będzie ich zdecydowanie więcej! ponadto będą jeszcze inne pomniejsze uprawy: seler, sałata, rzodkiewka. w planach jest nawet papryka... o truskawkach nie wspominam, rozumie się samo przez się ;) mój Tata założył mi profesjonalną uprawę. doglądam ino, podlewam i tuczę okiem moja rolnicza dusza rozwija skrzydła. co prawda na chlewik i obórkę nie mam obecnie warunków ale kto wie co mnie w życiu czeka :) powiem tak. jest dobrze. łażę z brudnymi stopami, wyrywam chwasty tu i tam, rozpalam grila (w dwie minuty ;) i jestem przeszczęśliwa chyba proces zamiany w faceta postępuje, gdyż teraz mam zadanie dla boba budowniczego, które realizuję bardzo ładnie. mianowicie jeden ze stopni schodów na taras sie złamał. dziś w tartaku okazało się, że deska przegniła (juz podejrzewałam korniki). pomalowana deska schnie na tarasie, jutro będę nawiercać i przykręcać. jestem taki wash and go to jest żona i mąż do wynajęcia w jednym ;) uszykowałam wiertarke i wiertła do drewna. skoro świt działam są jeszcze inne wspaniałe wieści (musze niektórych czytelników zmartwić ;) mam ZAJEBISTY ekspres do kawy! marzyłam o takim. Michał normalnie sie popłakał jak ekspres wjechał do kuchni. wiedział, ze marzyłam o ekspresie, który zrobi mi super latte. chciał mi kupić, ale nie miał biedaczek za co ;) wzruszył się chłopina na serio a! dobre wieści chodzą stadami. przed godziną moje dzieci wyciągnęły z piwnicy namiot. i co? ano to, ze w namiocie zaplątany był mój aparat fotograficzny! zgubiłam go prawie rok temu :D na to konto zapaliłam fajkę (nie palę już ;) no chyba ze jest mega specjalna okazja. i jest poza tym jest jeszcze kilka innych fajnych wieści, ale zachowam je dla siebie :)) długi weekend działa na mnie zbawiennie! podlewam, prasuję i się realizuję ;) czytam sobie oczywiście to i owo, nawijam przez telefon z tą, tamtą i tamtym, wstawiam 10 zmywarek dziennie, piekę ciasta, nie golę nóg i jestem nieatrakcyjna. i mam to w dupie! i tego wszystkim życzę
czwartek, 08 marca 2012
płaskie meble i spleśniałe pulpety
jaka ja naiwna jestem! ludzie. otóż myślałam, że płaskie meble to sie kupuje tylko w ikei, a w innych sklepach są 'normalne' meble, to znaczy już od razu gotowe do użytku... pojechałam z dziećmi po krzesło-fotel do kompa. obecne krzesło nadgryzł już czas swoim ostrym zębiskiem. wybieramy krzesło-fotel, w sklepie wyglądały super. jak już wybraliśmy to zapytałam (zupełnie znienacka, spodziewając się twierdzącej odpowiedzi) no więc zapytałam czy to krzesło w magazynie będzie wyglądało tak jak to na sklepie. miły pan odpowiedział, że będzie w kartonie. no w kartonie, ale będzie od razu do użytku? - dopytywałam. no, trzeba będzie je skręcić. o nie. tylko nie to! - zakrzyknęłam. ale to jest bardzo proste - zapewnił miły pan. jasne! bardzo proste. tak jak dla ciebie zrobienie pierogów z kapustą - to już pomyślałam, poddenerwowana perspektywą wieczoru ze śrubami i instrukcjami to jest chamstwo, panie. jeśli facet ma ochote na pierogi z kapustą to idzie do sklepu i kupuje pierogi z kapustą, a nie karton ze składnikami do samodzielnego montażu pierogów. ewidentna dyskryminacja. facet bez kobiety na podorędziu może zjeść pierogi z kapustą, a babka bez faceta na podorędziu musi wykazać się sprytem i umiejętnościami wkręcania śrub aby posiedziec na fotelu, który zakupiła! godzinę dziabałam przy fotelu. jakiś idiota napisał w instrukcji, że montaż zajmuje 15 minut... w 15 minut to można co najwyżej pierogi skleić i tak płynnie przechodze od pierogów z kapustą do spleśniałych pulpetów. dziś w pracy, robiąc sobie kawe podsłuchałam rozmowe dwóch pań sprzątających. wyrażały oburzenie stanem lodówki. najbardziej bulwersowały je spleśniałe pulpety. obserwowały je od dwóch tygodni. pełna obaw zerknęłam ukradkiem czy aby nie należą do mnie. ufff. nie mi spleśniały. w pewnym momencie w kuchni pojawiła się ważna osoba. jej ważność polega na tym, ze ma klucz do dwóch kuchennych szafek. panie poinformowały ważną osobę o stanie rzeczy tj pulpetów. ważna osoba zatroskała się. co za czasy nadeszły dla firmy! kiedyś to byłoby nie do pomyślenia, aby w lodówce znajdowały się spleśniałe pulpety! z bardzo prostej przyczyny. ówczesny dyrektor nakazał paniom sprzątającym bieżące czyszczenie lodówki ze spleśniałych resztek. a teraz? panie zaczęły ochoczo ryć w lodówce. proszę! spleśniały dżem (chyba mój :D spleśniała cytryna i jeszcze coś małego, ale za to bardzo spleśniałego. ważna osoba zaproponowała, że za chwile napisze maila do wszystkich juzerów i poinformuje o stanie spleśniałości rzeczy. wtedy wyszłam z kuchni. i postanowiłam czekać na maila z ważnością wysoki mail nie nadszedł. chyba bardzo ważna osoba poszła po resztki rozumu do główki. za to przy następnej wizycie w kuchni znalazłam obwieszczenie: ![]() spleśniałe pulpety zniknęły...
niedziela, 26 lutego 2012
urlop (nie w Egipcie!)
chyba jestem chora. albo zboczona. bo jak dłużej nie piszę to czuję że muszę wleźć i napisac... koty mi prawie zdechły :/ jeden na zapalenie płuc (by zdechł) a drugi na zapalenie skóry (by zdechł). ale rychło w czas zmieniłam weterynarza i Bamberka przeżyła (prawie półłysa już była i mega zabiedzona). a Panterce za poradą mojej Mamy dałam antybiotyk. moja Mama uratowała już dziesiątki, jeśli nie setki! kotów. koty doszły do siebie. będą żyły na drutach robię. szalik. ale nie wygląda jak szalik na razie... ;) oooo i byłam na pokładzie. to jest w knajpie pokład w gdyni. w doborowym towarzystwie byłam. znajomi mieszkają w gdyni, ale nigdy tam wczesniej nie byli. ale słyszeli. to poszlismy. misz masz panie. muza od danza kutro po boni M. w drinkach nie było w ogole alkoholu (zaznaczam, że kosztowały tak jakby tam był) na koncercie tez bylismy. hey. ale tylko jeden stary kawałek byl. reszta nowe. nie znam. a ja lubie tylko muzyke, którą znam :) powiem wam, ze wyjazd do trojmiasta był ZAJEBISTY. tfu! bardzo udany znaczy sie ![]() po molo łaziliśmy sobie. mało nam łbów nie pourywało. jak zjawa wyglądałam. ponizsze rekawiczki są przeszłoscia, bo zgubilam nastepnego dnia, a je lubilam :/ ![]() pilismy grzane wino (ja z moim bardzo doborowym towarzystwem ;) i na basenie byłam pare razy. no żyć panie nie umierać niestety bez schiz sie nie obyło :/ w gdyni zaginęła kolejna babka. tej iwony wieczorek nie znalezli, teraz zaginela inna pani iwona. jej zdjecia byly wszedzie porozlepiane. monciak mi sie snił dwa razy. widzialam te dwie iwony. szły sobie, a ja chciala je ostrzec ze mają zaginąć i zeby uważały. ale nie mogłam słowa z siebie wydusić a od jutra witamy w kieracie. apiać. akumulatory jednak naładowane, wyspałam sie super, narobiłam zagadek, sudoku, naczytałam ciekawostek z życia ryb, planet i neandertalczyków. to teraz ania do roboty paszła won
piątek, 06 stycznia 2012
życie pozablogowe
prowadzę sobie ostatnio Micho ściągnął 7 życzeń i oglądamy raz po raz. jak widzę ojca Dariusza, który to cały czas trzyma peta w pysku w domu, przy dziecku to mam mocno mieszane uczucia... ani Darek, ani jego ojciec nie potrafią kanapki sobie przygotować, nie mówiąc już o obraniu ziemniaków na obiad tatuś Dariusza zwraca się do syna tekstami w stylu: ty idioto jeden! chyba nie powinno sie wracać do starych seriali, bo okazują się zupełnie inne niż myślimy że były ;) dziwiłam się, że ten serial w ogóle nie był powtarzany w TV. to już wiem dlaczego... mamy też ambe na ojca Mateusza. dzieciaki do poduszki często jeden odcinek zaliczają. sama się wciągnęłam. każde z nas typuje na początku mordercę ;) a Natalia jest naprawdę boska! uciekam w życie pozablogowe papa
piątek, 09 grudnia 2011
sprostowanie
na zwariowanie ogłaszam, że wróciłam do normalności. chyba chciałam zwariować, ale nie zwariowałam. i już nie zwariuję. zwariowałam już kiedyś. może był to przystanek autobusu 91 przy lutyckiej? a może stacja paliw orlen? nie pamiętam. może to był środek zimy? a może sam początek lata? nie pamiętam. w każdym razie szlus damit. z wariowaniem znaczy. niech mnie sobie niesie nurt czasu. piszę ostatnio wieczorami opowiadanie o staruszce. ma 95 lat. nie dożyję, ale to jest o mnie. za kilkadziesiąt lat. gdybym przypadkiem dożyła. staruszka odwiedza groby swoich mężów i facetów. wszystkich, których miała i przeżyła ;) i każdemu opowiada historię. zawsze tą samą. znaczy każdemu inną, ale każdy facet zawsze słyszy identyczną. staruszka wie, że oni tych historii nie chcieliby słuchać. przy jednym grobie zawsze siedzi najdłużej. marzną jej stopy i drętwieją kolana. ona jednak za każdym razem musi doszeptać historię do końca poza tym? ja durna poznałam w wieku lat 36 różnicę pomiędzy bibułą a krepą. brawo dziś, oglądając kretyński klan, zeszyłam Michalinie pluszowego kotka. to była operacja. kotka bolało i ma bliznę. klan nudny jak zwykle. głupia zyta pomyliła bzykanie z wielką miłością opiekunka zrezygnowała. chce więcej kasiory. myśli, że jak jeżdżę lepszym autem (niż średnia krajowa) i wracam do domu o 17.30 to muszę zarabiać kokosy. auto jest służbowe. kokosów nie ma. w domu temperatura 18-19 stopni. na szczęście dzieci od małego mają zimny wychów. w podkoszulkach mi teraz latają. Michalina w nocy skręca grzejnik na zero, bo jej 'za gorąco było'. to naprawdę lubię a Micho zafundował mi... w sumie jeszcze nie wiem co. o rezultacie dowiem się 2.01.2012 na 'podsumowaniu testów psychologiczno-pedagogicznych'. w tym durnym świecie to nawet kuratora się spodziewam :/ jutro poprawiam sobie humor. sprzątam garaż i pralnię. robie z Michem łańcuch choinkowy do szkoły. z papieru kolorowego. 100 kółeczek posklejamy. dopiszę trochę opowiadania o mojej staruszce. z Michaliną poćwiczę literę 's' ale taką 'pisaną', zupełnie inną niż klawiaturowe s. moje dzieci ze swoimi dziećmi już liter pewnie ćwiczyć nie będą. umiejętność pisania długopisem stanie się obsolete miłego wszystkiego i do następnego
sobota, 03 grudnia 2011
maraton i wróżka
już myślałam, że jestem stara zdrętwiała dupa. bo przecież wstaję o 6 i zasypiam o 22. padam i już. nie udaję, że jestem rześka po nocach, że siedzę na twiterach srerach i fejsbukach. a tu proszę. wytrzymałam niezły maraton. łącznie z blogowym. w tej kwestii to już w ogóle pojechałam po bandzie bo nie spałam całą noc, po uprzedniej nocce też niespanej (impreza pracowa obowiązkowa aczkolwiek sama zabawa naprawde fajna tym razem ;) do tego kilka dni wcześniej - andrzejki z 'funduszu socjalnego' :D muza dla 50+ wiec nogi mi sie nie rwały w ogóle, ale podczas zabawy andrzejkowej... byłam u wróżki. moja 'osoba towarzysząca' wylosowała jedną z 10 sesji wróżebnych, a ja natychmiast los przechwyciłam. wróżka była nie byle jaka wszak mami na EZO ;) dobra, uchyle rąbka :D wbiegam do niej, jak to ja, z uśmiechem na pysku, a ona: oj kochana twoje wnętrze absolutnie nie współgra z twoim zewnętrzem. i zaczyna mi mówić co mam w środku. i wierzcie lub nie - wszystko prawda... dobra, mogła utrafić. dalej - mam 2 dzieci. to akurat łatwo zgadnąć. w sumie powinna każdemu mówić masz 1,5 dziecka - w większości przypadków myliłaby sie tylko o pół dziecka. dodała, że absolutnie nie chcę miec więcej dzieci (bingo!). w temacie moich rodziców i ich zdrowia - grało dosłownie wszystko! łącznie z pewnym drobnym zabiegiem, który ma jedno z moich rodziców w grudniu - powiedziała dokładnie co to jest. zadzwoniłam do domu i sie okazało, że tak! ja sama wcześniej o tym nie wiedziałam. w temacie damsko-męskim? mój obecny stan uczuć oceniła idealnie. chociaż ja sama przed sobą udaję i robię to tak doskonale że momentami sama w to wierzę ;) oczywiście przepowiedziała przyszłość - wydaje się ona być równie absurdalna jak poprzednia wróżba sprzed paru lat. na teraz wiem, że na 100 procent sie niestety nie sprawdzi :/ to tyle na dzisiaj. biorę się za książkę 'nie wierzę w życie pozaradiowe' którą 'wygrałam' na blogowym maratonie. zbyt kreatywna to nie byłam, ale przynajmniej pogadałam z tą tamtym i owym odkurzywszy blogowe znajomości. z czystej sympatii polecam stronę kumpla - dla wszystkich zainteresowanych serialami przeróżnistymi a! flądrę spotkałam znowu kilka razy... mam nadzieję, że szybko dopadną ją menopauza i zmarszczki. i przytyje! i obwisną jej cycki!
czwartek, 24 listopada 2011
znowu ta flądra!
ostatnio muszę dorabiać nocami. żeby na chleb było. najlepiej płacą za sprzątanie po bankietach. szczególnie jak nadziani się bawią. ooo tacy to się panie bawią. występy, kabarety, konkursy. a żarcie przy tym! szara kurka anulina może tylko pozazdrościć. no więc załapałam robotę. wlazłam już trochę wcześniej w zgrzebnym fartuszku i pałętałam się po kątach cichaczem. zabawa trwała w najlepsze! co oni tam wyprawiali. opowiedzieć się nie da. a co jedli, panie! do moich bułek z podrabianym masłem to w ogóle nijak się ma, mówiąc delikatnie. no więc czaję się cichutko w szarym kąciku, patrzę, widzę i oczom nie wierzę! toż to ta sama flądra! taka to sie nabywa... na całe szczęście smienę zawsze mam przy sobie (często uprzejmie donoszę na bliźnich, porządna obywatelka jestem!) fotę więc trzasnęłam raz dwa trzy. masz flądro za swoje! i tfu życzę ci, żebyś ty w takim zgrzebnym fartuchu po bankietach sprzątała! ![]()
niedziela, 13 listopada 2011
wiatr hula w moim pustaku
ostatnio mam pusty łeb. wyobrażam sobie, że na szyi mam uwieszony kawałek pustaka a w nim tylko szare komórki tj miliony rzeczy, które muszę robić codziennie. daty wywiadówki lekarze recepty bibuła klej ułamki dziesiętne wywóz makulatury chleb masło mamo a pójdziemy do kina? i dwadzieścia osiem innych tematów wieczorami czytam i tak. rodzine borgiów zżarłam, ale momentami mi się wracała. jakuba ćwieka strawić nie mogę. 'gotuj z papieżem' to pierwsza książka, którą odłożyłam i wiem że nie zmęczę. dżaźni mnie styl tego kolesia. skutki uboczne woody allena - mniam mniam. uśmiałam się jak norka. teraz camilę lackberg zaczynam. filmowo w swojego pustaka wrzuciłam horrible bosses. wyłączyłam mózg i sikałam :)) nawet dziś, podczas służbowej podróży (taaaa w niedziele 550 km musialam dygnąć żeby jutro o 9, zgrabnie pozorując profesjonalizm, usmiechać się na ważnym spotkaniu) no więc podczas jazdy, kiedy przypominałam sobie teksty z horrible bosses to mój pustak cieszył się całymi swoimi pustymi otworami. poziom żartów minus osiem ale właśnie na takie mnie wzięło. przykład? to twoja nowa dziewczyna? - pyta koleś kolesia. eeee tam - odpowiada pytany. to tylko nowa nora dla mojego pisiora (buhahaha) plus jennifer aniston jako napalona stomatolożka. żarty wyłącznie o jednym tj dupa dupa i jeszcze raz dupa. polecam na półtoragodzinne odmóżdżenie. no ja sie MUSZE czasem odmóżdżyć, bo bym już cała tym mózgiem zarosła, zatonęła w szarej masie komórek. a tak głupia komedia i zachowuję równowagę między mózgowiem a bezmózgowiem dodatkowo wyziewałam się z Michaliną na przygodach tintina. jesu jak mnie nudzą filmy dla dzieci, gry planszowe i spacery. ale czasem się poświęcę ;) w temacie macierzyństwa to przeczytałam ostatnio dwa teksty, które zapamiętałam. pierwszy pochodzi z listu do wysokich obcasów. babka poucza matki, że macierzyństwo to wcale nie brak wolności. to tylko 'inna wolność' i 'nowy rodzaj wolności'. taaaa jasne. siedzący w pierdlach też doświadczają nowego rodzaju wolności drugi tekst to cytat ze sztuki pokazującej 'rodzenie po ludzku' po polsku. rodząca kobieta wrzeszczy: jak mnie kurwa napierdala pierdolone macierzyństwo! no coś w tym jest, przyznacie matki polki? ;)
wtorek, 04 października 2011
potkurf
drogi pamiętniczku, zaliczyłam dziś mega potkurf. a wszystko szło zgodnie z planem. tym większy niestety był potkurf... wróciłam sobie do domu całkiem wcześnie, ogarnęłam się pięknie i już z książką siadłam a tu nagle Michalina: mamo, jutro mam basen. luzik w sumie, do plecaka parę gratów dodatkowych wrzucić ino, nic wielkiego. wrzucam okularki, ręczniki, suszarkę. mamo, strój - pogania Michalina. strój... nie ma nigdzie, a był. telefon do ojca-moich-dzieci, bo brał ostatnio dzieci na basen. on nie ma. ja też nie mam. jest 20.30. kurwa. Michalina ryczy. do drzwi stuka mój osobisty psychoterapeuta z którym zamierzałam spędzić miły wieczór przy winie i pogadankach, a tu kurwa ten strój! nic. dupa z wina. psychoterapeuta zamiast zająć się moją zrytą psychą, jedzie po strój. ostatnio też jechał. po flet dla Micha na muzykę... dobra. jest strój. trochę za duży, bo innych nie było ale jest. Michalina, zamiast sie cieszyć - wyje że za duży... no sory, po godzinie 21 strój na 134 cm znaleźć??!! na 146 cm był, wycięcie na cycki ma na szyi, ale pływać przecież idzie! ryk zakończył się w momencie zasypiania... potrzebowałam naprawdę konkretnej psychoterapii po tej traumie... ale potkurf poszedł w cholere. czego i wam życzę!
niedziela, 25 września 2011
zwariowałam
melduję posłusznie, że zwariowałam :) i czuję się z tym świetnie! po prostu kompletnie oszalałam. zupełnie niespodziewanie i przypadkiem. melduję również, że nie chcę normalnieć. w stanie zwariowania czuję się świetnie. nic mnie nie obchodzi. oprócz dzieci i mojego wariactwa. nawet jesień i zima mnie nie przerażają. kasy na ogrzewanie nie mam, ale mam dużo polarów, kurtek i ciepłych skarpet. chrzanić ogrzewanie. przepękamy ciepło odziani :) w pradze byłam z 'funduszu socjalnego'. było mega git. na moście karola pomacałam pieseczka i wymamrotałam marzenie. potem okazało się, że pieseczka maca się żeby dzieci Pan Bóg dał... eeee tam, dzieci nigdy za dużo - jak to mawiał znajomy ksiądz proboszcz. pomacałam także pewnego młodzieńca po członku. życzenie też pomyślałam, a nóż widelec łyżka ![]() najbardziej podobała mi sie kaplica czach. moje klimaty. kości, mordowanie, zbrodnia ![]() taaaa dużo dużo czach i kości ![]() bywajcie zdrowi! kura domowa wraca do niedzielnych garów |
Archiwum
|